I jak tu nie kochać rajdów?

0 Comments


Teplice, 18 maja 1921 roku

Odpowiedź na pytanie z nagłówka jest o tyle banalna, co trudna. Można nie kochać współzawodnictwa, nawet sportu w całej rozciągłości, ale odmówić RMAW skupienia uwagi kilkudziestu mikronautów w jednym miejscu to byłoby zupełne szaleństwo.

W dniach 16-18 maja 1921 roku kierowcy rywalizowali o miano najlepszego na ziemiach państw członkowskich Unii już po raz drugi. Rajd Lwa i Jednorożca stał się symbolem dobrej zabawy, nowinek i dramatów na trasie. Pierwsza edycja odbywała się w cieniu politycznego sporu pomiędzy Sclavinią a Sarmacją. Tym razem rzucono się na głęboką wodę i zorganizowano zupełnie inne wydanie rajdu. Sztab organizatorski wspiął się na wyżyny by urozmaicić zabawę, ale i wprowadzić dodatkowe smaczki, podteksty i przede wszystkim także nutkę zdrowego humoru. Z tym ostatnim wyszło by całkiem nieźle gdbyby nie… wypadki na trasie. Zabawa jest zabawą, ale jeśli tracimy na tym mikronautę, postaci zżyte z naszą małą społecznością, nietuzinkowe osoby, to przestaje to już być śmieszne. I choć 2.Rajd Lwa i Jednorożca śmiało można opisać, że osiągnął swój cel, a co za tym idzie i spory sukces gospodarzy rajdu, wszak starym zwyczajem to państwa organizujące są największym skupiskiem postów w dniach trwania imprezy, to cieniem kładzie się utrata kolejnych członków naszej wspólnoty.

No, ale zacznijmy od początku. Mimo buńczucznych zapowiedzi na starcie stanęło raptem 17-stu kierowców. Wśród nich całkowici debiutanci z Bialenii (ostatecznie tylko jeden kierowca Asterki wziął udział – A.Faradobus). Reszta to rajdowcy, i widziani i słyszani na poprzednich wydarzeniach. Wśród nich żywe legendy motoryzacji wirtualnej Romański i Tomović. Stan rywalizacji obu rajdowców to 3 do 2 na korzyść pierwszego (w ilości zwycięstw) i uprzedzając nieco fakty, dodam, że to miedzy nimi rozgrywały się do samego końca losy wygranej.

Druga edycja Lwa i Jednorożca odbywała się w zupełnie innej scenerii niż pierwsza. Zaczęliśmy w górskich terenach sclavińskich, aby później przenieść się na odległą Ostię (Orientykę), do Slawonii, by zakończyć sportowe szaleństwo w pustynnej Loardii. A działo się naprawdę wiele…

Już sam prolog w Port Eldorat przyniósł masę walki o pozycję. Oprócz standardowych premii dla pierwszej trójki, organizatorzy przygotowali „spotkanie z szantami” czyli każdy kto dodatkowo napisał dwuzwrotkową formę opartą własnie o ten rodzaj sztuki muzycznej zyskiwał dwie minuty. Ostatecznie przyznawano również i po jednej, za niepełne dokonania pisarskie. Prawdziwe ściganie rozpoczęło się jednak na Szczycie Przywódcy. Wysokie partie gór były trudne do pokonania, a w nocnej otoczce wymagały ekstremalnych zdolności. Znakomicie wystartowali lokalni rajdowcy. Z zespolu Konspir, Andrzej Fryderyk i Joanna Izabela z ELT. To oni wysunęli się na czoło klasyfikacji. Swoim zwyczajem zarówno Tomović, zespołowy partner liderki oraz Romański (ZS Neues Ufer) nie zamierzali odpuszczać. Na sclavińskim Sterczu, gdzie kończył się cykl odcinków z tego regionu numerem jeden był Andrzej Fryderyk. Na ogonie miał leockiego „wodzireja kierownicy”, a trzeci meldował się w klasyfikacji sclaviński „pożeracz asfaltu”. Teutonka obniżyła loty i spadła na szóstą lokatę. Tuż przed nią meldowała się Natalia von Lichtenstein (Konspir) oraz Bruno Petrowicz Catalan (Pangard). Następnie uczestnicy rajdu przenieśli swoje maszyny do Slawonii. Podróż była długa i męcząca, a do czołówki dobił Ingvar A.v.Hagsen de la Sparasan, znany także jako „Penetrator Prędkości”, spychając oczko niżej słynną cesarzową teutońską.

Długie odległości odcinków specjalnych służyły na pewno ścisłej czołówce, która ostro rywalizowała, pomalutku rozwiązujac już wyścigi taktycznie. Nie mniej jechali w na tyle zwartej grupie, że siódmy w stawce Grüner nie był nawiązać z nimi żadnej rywalizacji. Pozostała mu walka z Joanną Izabelą. Do dziś wszyscy wspominali by moment wejścia na barki w sposób iście radosny, ale w drodze na nią poważnemu wypadkowi uległ Anton Sokolov. Obrażenia Profesor niestety okazały się na tyle ciężkie, że zakończył on swój v-żywot. Redakcja od razu dementuje plotki, że jakoby to było „ukartowane”. Jakkolwiek znaliśmy się z obywatelem Pustkowi nieźle i mieliśmy bardzo dobre relacje, to nie miałem absolutnie pojęcia, że rajd będzie ostatnim miejscem gdzie poczytamy jego posty. Szkoda, wielka szkoda… Jechać trzeba było dalej. Organizatorzy dwoili się i troili by zabezpieczyć dalszą część trasy. Mimo to z poważnymi uszkodzeniami do szpitala trafił Józef Wilhelm Potocki, który pomimo tego, że członek jego rodziny brał udział w królewskiej elekcji w Rzeczpospolitej Obojga Narodów wystartował i do wypadku miał się całkiem nieźle. Koniec końców nie zaliczył jednak rajdu do udanych, ale najważniejsze, że jego v-życiu nic nie zagraża. Wracajmy jednak do wydarzeń na barce, gdzie flisacy wspaniale powitali uczestników imprezy. Transport okazał się perfekcyjnie przygotowany, a kto dodatkowo zabawił lokalnych przewoźników mógł liczyć jeszcze na dodatkowe bonusy w postaci 1 minuty dodatkowej premii czasowej.

I tym oto sposobem przenieśliśmy się do Loardii. Pustynne i stepowe tereny nie okazały się zbyt miłe dla samej „pani” tych terenów. Koczownicy chcieli zakłócić przebieg wydarzeń i zatrzymać lidera. I udało im się to dwukrotnie. Z tymże „ofiarą” okazała się Natalia von Lichtenstein (cały czas jeżdżąca pod dawnym nazwiskiem), a na kolejnym odcinku Motoszczur von Teller, który „ciął po bandzie” przez prawie cały obszar Loardii. No, ale tu mógł się czuć jak u siebie, w końcu Pustkowia Winków niezacznie tylko się różnią od loardyjskich. Po dziewiątym OS’ie stawce przewodził mistrz mikroświata Romański, przez Tomoviciem, Andrzejem Fryderykiem i Petrowiczem Catalanem. Ale to nie był koniec roszad w czołówce… Na dziesiątce nastąpiło spore zamieszanie w strefie tankowania, by w jedenastym odcinku specjalnym wykorzystać moc swojego pojazdu. Doskonale wykorzystała to trójka, poza Leotą, który na końcówce nie wytrzymał presji i z pewnego drugiego miejsca, sam zepchnął się na najniższy stopień podium. Ostatecznie na drugim miejscu, po zaciętej rywalizacji uplasował się teutoński król-senior, Andrzej Fryderyk, a zwycięzcą okazał się sclaviński arcymistrz taktyki, Ludwik Tomović.

Zwycięzca 2.Rajdu Lwa i Jednorożca – Ludwik Tomović, wraz ze statuetką

Było to dla niego trzecie zwycięstwo w karierze, szóste podium z rzędu. Dość tego powiedzieć, że on nigdy nie był niżej! Czyżby wysuwał się na prowadzenie w klasyfikacji kierowców wszechczasów? Być może, ale przekonamy się na pewno o tym, już za miesiąc. Bo to już w Dreamlandzie odbędzie się następny rajd, zwany Rajdem Czerwonego Orła. Jest to impreza, która pierwszy raz zawita na te ziemię i jesteśmy niezwykle ciekawi jak zostaną przywitani członkowie zespołów. Ze źródła bliskiemu organizatorowi wiemy, że szykują się nowe i ciekawe nowalijki. Bądźcie z nami i śledźcie wydarzenia z kolejnych wydarzeń sportowych.

Ludwik Tomović, dzieki triumfowi na własnym terenie stał się najbardziej uhonorowanym kierowcą. Sześć imprez, w których brał udział, sześć razy podium – znakomita skuteczność. W tym zgarnął nagrody wirtualne, ale i realne. Funadatorom, szczególnie Joannie Izabeli, dziękujemy za wsparcie!

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że tym razem cieniem dla rywalizujących byli kierowcy z Austro-Węgier. Ósma pozycja Grünera (Grüner Rennsport-Puch) i dziewiąta von Oranien-Nassau (CZT Skoda) na pewno nie ucieszyła żadnego z nich. Warto także odnotować, że Joahim von Ribertrop (Voxland Team) pobił rekord w…zbyt wczesnym przybyciu na odcinek specjalny(dokładnie OS11). Od niedzieli rekord wynosi 68 minut!

KLASYFIKACJA 2. RAJDU LWA i JEDNOROŻCA

KLASYFIKACJE GENERALNE RAJDOWYCH MISTRZOSTW AUSTRO-WĘGIER

Za wsparcie techniczne i merytoryczne Rajdu Lwa i Jednorożca serdecznie dziękujemy współorganizatorom oraz wszystkim sponsorom! Serdeczne dzięki!

Przygotował HWG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tytuły

Archiwa

Meta