[WZ] Wywiad z Victorio Mortuusem

Franz Josef von Habsburg | 26. 02. 2013

wz-logo-strona

W dwa dni po wydarzeniach Kryzysu Dreamlandzkiego nadchodzi czas refleksji i przemyśleń. Oczywiście nasza redakcja nadal wspiera ofiary Kryzysu, nie wszyscy odebrali naszą pomoc finansową ze zbiórki. Chcieliśmy jednak zapytać premiera Mortuusa, co sądzi o całym zajściu – tak, aby Czytelnik mógł sobie wyrobić opinię. Pytamy jednak nie tylko o Kryzys Dreamlandzki, ale także o inne sprawy. A oto wywiad:

Franz Josef von Habsburg: Jó napót kívánok, miniszterelnök úr! Jak Pańskie samopoczucie po złożeniu dymisji?
Victorio Mortuus:Witam. O dziwo bardzo dobre. Dziękuję.

FJ: Czytelnicy niestety widzieli tylko to, co obie strony przedstawiły publicznie. Jak zatem przebiegały negocjacje z władzami w Ekorre?
VM: A o których mówimy? Te wrześniowe rozmowy czy te z ostatnich tygodni?

FJ: Sądzę, że interesują nas wszystkich te ostatnie, jeżeli będzie taka konieczność – to prosiłbym nawiązać do rozmów wrześniowych.
VM: W sumie to nie ma do czego nawiązywać. Opublikowana dokumentacja to zapis wszelkich rozmów podjętych z Dreamlandem we wrześniu w tej sprawie. Jeżeli zaś chodzi o ostatnie tygodnie – cóż, od pewnego czasu wraz z premierem de la Vegą wymienialiśmy się listami, w których wyjaśnialiśmy nasze stanowiska i, tak mi się wydawało, dążyliśmy do porozumienia. Jednakże władze w Wiedniu nie angażowały się w powstały na forum publicznym spór, by móc bez emocji wyjaśnić cały ten problem. Władze w Ekkore nie miały tego dylematu i co innego pisały w rozmowach nieoficjalnych czy w korespondencji dyplomatycznej, a co innego publicznie. Dla mnie ten poziom fałszu był zaskoczeniem, bo dostaję zapewnienie o dążeniu do porozumienia i chęci zgody, a następnego dnia czytam godne pożałowania grafomańskie teksty. I nie mówię tu wyłącznie o premierze Dreamlandu, choć ten opis zachowania niestety dotyczy również jego.

FJ: Można więc mówić o tym, że Ekorre próbowało wykorzystać całą sprawę „na użytek wewnętrzny”? Tylko po co?
VM: Nie wiem czy taki był cel działań dreamlandzkich władz. Być może przyświecały im niecne zamierzenia, albo najzwyczajniej w świecie kierowali się błędnym zrozumieniem intencji, czego dowód mieliśmy choćby tym żałosnym ultimatum. Ja wiem tylko, jak jest to odbierane w Wiedniu i kilku innych wschodniokontynentalnych stolicach. Co siedzi w głowach włodarzy z Ekkore – nie mam pojęcia.

FJ: Właśnie – ciągle słyszymy o ultimatum, groźbach i tym podobnych rzeczach. Oświadczenie dreamlandzkiego MSZ, który milczał do tej pory na forum publicznym, już po publikacji słynnych dokumentów, jest póki co chyba najbardziej wyważonym tekstem po stronie dreamlandzkiej. Jak Pan sądzi, czy to kwestia tego, że Simon McMelkor jest osobą o wiele bardziej doświadczoną niż szef rządu, czy może coś innego jest powodem?
VM: O to już proszę pytać szefa dreamlandzkiej dyplomacji.

FJ: Czy można sądzić, że obie strony, mówiąc po wojskowemu, „oderwały się od nieprzyjaciela” i raczej nie będą przez pewien czas szukać kontaktu?
VM: Cóż… Nie mam nawet pojęcia, kto będzie moim następcą, więc ciężko mi przewidywać co przyszły rząd pocznie w tej sprawie. Ja jednak nie uważam, by przy nastawieniu najwyższych władz Dreamlandu na zabawę w rozmowy o zgodzie i dwulicowości tamtejszej polityki można było osiągnąć jakiekolwiek porozumienie niezależnie od szefa rządu w Monarchii. Tym bardziej, że po tym wszystkim wydaje mi się, że takiej woli nie ma ani w Austro-Węgrzech ani w Dreamlandzie.

FJ: Właśnie – jak Pan, jako długoletni działacz i obserwator polityki międzynarodowej zapatruje się na rolę Austro-Węgier na świecie? Czy taki Dreamland albo Scholandia są nam jeszcze potrzebne? Czy może należy się skupić na najbliższych nam dwóch kontynentach? A może w ogóle przestać bawić się w dyplomację?
VM: Uważam, że „zabawa w dyplomację” nie powinna być zaniechana, ale z całą pewnością przewartościowana. Dziś już Dreamland nie jest potrzebny Austro-Węgrom a Austro-Węgry Dreamlandowi. Jedno i drugie państwo spokojnie poradzi sobie nawet bez traktatu o uznaniu. Nie oszukujmy się – do czasu wrześniowego spięcia nie prowadziliśmy żadnej polityki zagranicznej wobec Dreamlandu. Nie upatrujemy w nim żadnego bliskiego sprzymierzeńca i to nie od kilku tygodni, ale lat. Czasy, kiedy to proponowano Monarchii wstąpienie do WKE, podpisywano wspólne traktaty, rozmawiano, pojawiano się to tu to tam minęły już bardzo dawno temu. Czasy Wielkiej Trójki minęły bezpowrotnie i dziś ani Dreamland, ani Scholandia ani Sarmacja nie są i prawdopodobnie już nigdy nie będą kluczowymi graczami na arenie międzynarodowej. Celem naszej aktywności powinny być (i przecież są!): Ostia i Nowy Kontynent. To powinna być podstawa.

FJ: Czyli Dreamland zostawiamy, niech prowadzą politykę z Erboką i Scholandią. A co do naszej aktywności – kiedyś byliśmy jedną z najaktywniejszych delegacji w OPM, dziś nie ma już OPM i nie ma też płaszczyzny wymiany zdań. Jeżeli ciężar aktywności przesunie się na Ostię i Vaarland, to być może należałoby zdefiniować, z kim Austro-Węgry mogą stać się bliskimi partnerami. Jakie są Pańskie „typy”?
VM: Podstawą jest oczywiście Surmenia. To nie podlega żadnej dyskusji. To jest nasz wręcz „naturalny” sprzymierzeniec. A dalej… Ostatnio nasze realacje z Rotrią nie tylko się polepszyły, ale wręcz zintensyfikowały. Nie ukrywam, że liczę na to, że uda się doprowadzić do zażegnania niesnasek pomiędzy Stolicą Apostolską a Surmenią, gdyż obecnie potrzebujemy współpracy. W dość naturalny sposób, bo przez pokrewieństwo, jesteśmy związani z Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Tam gdzie uważaliśmy to za konieczne bowiem, wysłaliśmy swoich ambasadorów w pierwszej kolejności. Są to: Surmenia, Rotria i Rzeczpospolita.

FJ: A co z Trizondalem, który zawsze miał duże aspiracje i niedawno obchodził swoje sześciolecie? Co z Nordią czy Francją, które otwarcie czerpią z austro-węgierskiego dorobku kulturowego i prawnego?
VM: Oczywiście liczymy na współpracę zarówno z Trizondalem, jak i Nordią czy Francją. Jednakże w chwili obecnej nie mogę powiedzieć by nasze stosunki zmierzały ku zacieśnianiu, dlatego też nie mogę w oczywistym tonie stwierdzić, że „Tak, to nasi przyszli najbliżsi sojusznicy”. Co wcale nie wyklucza, że takimi stać się nie mogą. Wszystko zależy od nas i naszych przyjaciół za granicą.

FJ: Wróćmy na chwilę do Dreamlandu. Jak Pan powiedział, w Austro-Węgrzech nie będzie woli do zacieśniania z nim stosunków, a samo Królestwo nie jest nam już potrzebne. Sądzi Pan, że jednak można wykorzystać całą sprawę do zbudowania aktywizującej ludzi narracji, podobnej do tej, jaką zbudowali Sarmaci w trakcie konfliktu ze Scholandią?
VM: Nie wiem czy nie będzie takiej woli, wiem, że obecnie jej nie widać, ale przecież to się może kiedyś zmienić. Sarmacja i na przykład jej relacje z Wandystanem są tego dobrym przykładem. Niechęć z czasem wygasa. Jednak czy można wykorzystać tę sprawę do budowania narracji? Ależ oczywiście! Jestem pewien także, nie przysporzy nam to głosów poparcia w Ekkore, ale ich przychylność nie jest nam do niczego potrzebna a obywatele sami kształtują obraz wydarzeń. Władza nie ma prawa do kneblowania ust tylko dlatego, że ktoś za granicą może się z tego powodu obrazić. Z resztą nigdy tego nie robiła a już nie raz w historii Monarchii mieliśmy sytuację, w których to właśnie głosy naszych obywateli oburzały „Zagranicę”.

FJ: Właśnie – głosy obywateli – jak Pan odebrał głosy poparcia obywateli po ostatniej sprawie?
VM: Szczerze powiem, że ich nie oczekiwałem. Zdaję sobie sprawę z tego co zrobiłem i spodziewałem się z tego powodu krytyki. Co nie oznacza, że nie jestem mile zaskoczony. Jestem wdzięczny każdemu z osobna za okazane gesty wsparcia i poparcia. Nie ukrywam, że to motywuje do dalszej aktywności w Monarchii bez zwracania uwagi co tam sobie mówią za granicą.

FJ: Cieszę się, że Pan o tym wspomniał. Jaka więc będzie ta aktywność? Co chce Pan robić dalej?
VM: Póki co jestem jeszcze Prezydentem Ministrów, więc jeszcze staram się wypełniać swoje obowiązki. A gdy ten etap zamknę… mam już kilka pomysłów, ale narazie ich nie ujawnię.

FJ: Jak sądzę, pozostanie Pan jednak aktywny?
VM: Póki co nie przewiduję snu zimowego czy odejścia z Monarchii.

FJ: Pytam, bo ostatnio nie bywało z aktywnością Austro-Węgier najlepiej. Sytuacja wydaje się poprawiać – parę dni temu przybył do nas ktoś nowy, trzy osoby, łącznie ze mną, wróciły do kraju, na forum dziennie pojawia się przynajmniej kilka postów, nasza redakcja też pracuje w pocie czoła, by wspierać oddolną inicjatywę. Jak Pan sądzi, czy ogromny potencjał Monarchii będzie jeszcze wykorzystany?
VM: Jestem tego pewien. A tym, którzy już żegnali się z Monarchią powiem tylko: „Nie tym razem”.

FJ: Cóż, sam jestem tego najlepszym przykładem. Tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć tę jakże miłą rozmowę. Kłaniam się i życzę Panu spełnienia swoich planów związanych z Austro-Węgrami.
VM: Dziękuję i tego samego życzę Waszej Wysokości.

[WZ] Österreichische Alpenfahrt. Etap pierwszy.

Franz Josef von Habsburg | 24. 02. 2013

wz-logo-strona

Schladming, piękny, alpejski poranek. Kierowcy, nieco zmęczeni po wczorajszej podróży z Wiednia, podejmowani są z właściwą dla Styrii gościnnością. Wczoraj wieczorem wszyscy wspólnie bawili się na przyjęciu wydanym przez tutejszych mieszkańców w niezwykle miłej atmosferze. Dziś dopada kierowców lekki ból głowy, z pewnością nie spowodowany wypitym alkoholem, a jedynie wysokością, na jakiej się znajdują, a do której nie są przyzwyczajeni. Dla odświeżenia mogą oni korzystać ze świetnego ośrodka narciarskiego, jaki się tu znajduje.

Austro-Daimler Moritza Kokoschki (A)
Austro-Daimler Moritza Kokoschki (A)

Wczorajszy dzień był wszakże ciężki. Choć to tylko trzysta kilometrów, należy pamiętać, że trasa do Schladming oznacza wielokrotne wspinanie się aut na wysokie wzniesienia po dość wąskich drogach. Miał z tym problem baron von Miklas, który prawym lusterkiem swojego L&K (Laurin & Klement) zahaczył o samochód jednego z mieszkańców Leoben, mijając go jednak zaledwie o kilka cali wied. – Wyjechałem z zakrętu, szczęśliwy że mogę kierować się już na Präbichl, więc nieco się rozluźniłem. Nie spodziewałem się, że ktoś będzie wtedy jechał z naprzeciwka. Szczęście dopisało, że on nie stoczył się w dół, a ja nie wjechałem w skałę – mówi kierowca, który dalej wydaje się być lekko zaszokowany swoim ogromnym szczęściem – tym większym, że udało mu się zająć czwartą lokatę z całkiem niezłym czasem.

Start w Wiedniu, mimo wczesnej pory, zebrał pokaźną publikę, która dopingowała zawodników. Pojawił się także Jego Cesarska i Królewska Mość, by życzyć powodzenia austriackim i węgierskim kierowcom, zapewniając też, że będzie śledził ich poczynania. Równo o piątej trzydzieści zawodnicy ruszyli z wiedeńskiego Ringu. Najpierw musieli wspiąć się na przełęcz Semmerring, co nastręczało wielu trudności, ponieważ temperatura wciąż spadała. Szczęśliwie nie było w ostatnich dniach opadów śniegu. Po przejechaniu tego odcinka, kierowcy pojechali do Brucku, gdzie powitali ich mieszkańcy, którzy wyszli z domów, by obejrzeć wyścig. Następną miejscowością na trasie było Leoben, gdzie zdarzył się niefortynny wypadek, o którym już wspominaliśmy – na szczęście nikomu nic się nie stało. Kolejna przełęcz do zdobycia, Präbichl, nie była już takim wyzwaniem.

Wilhelm Lukasch (A)
Wilhelm Lukasch (A)

Podczas wspinania się na tę przełęcz, swoją siłę pokazali nasi faworyci, Moritz Kokoschka i Wilhelm Lukasch – obaj w Austro-Daimlerach – pierwszy w 568, drugi w 419. Wykorzystali w pełni moc swoich silników, wyprzedzając innych. Niestety, Lukasch musiał zwolnić ze względu na przebitą oponę. To wykorzystał Surmeńczyk Georgios Paulosigos, którego nasz rajdowiec przepuścił, choć mógł blokować mu przejazd – oby więcej takich gestów. Po pokonaniu przełęczy rozpoczęły się zmagania o palmę pierwszeństwa w wyścigu – Austriak wiedział, że musi nadrobić trochę czasu, jeśli chce być pierwszy.

W międzyczasie zażarty pojedynek stoczyli Martin von Lauenburg ze Scholandii oraz Węgier, Miklos Németh. Przed zwężeniem drogi, którego nie sposób ominąć ze względu na wystające z każdej strony skały. Wiedząc, że zmieści się tam tylko jeden samochód, obaj zawodnicy rozpoczęli ryzykowną grę, której stawką miała być już nie tyle wygrana, co pokazanie przeciwnikowi swojej wyższości. Niestety, zawodnik węgierski był zmuszony ustąpić miejsca Scholandczykowi, ten jednak – zupełnie nieoczekiwanie – zaczekał na niego, aby pokazać, jak wysoko ceni sobie uczciwość. I tu również należą się gratulacje dla zachowania zasad fair play, choć oczywiście Scholandczyk pozostaje na wyższej lokacie.

Trasa z przełęczy Präbichl następnie przebiegała przez Hieflau i Admont – tutaj również pojawili się okoliczni mieszkańcy, aby wesprzeć zawodników. Niestety tę część wyścigu można określić jako dość spokojną, wręcz nudną – to, co zostało ustalone w okolicach przełęczy, nie zmieniło się aż do mety tego etapu. W Schladming zebrało się już mnóstwo kibiców, także z zagranicy. Ekipy serwisowe, pospieszne naprawy i osobistości z różnych stron świata ożywiły nieco to spokojne, turystyczne miasteczko. Kiedy pytaliśmy kierowców o wrażenia po wyścigu, większość mówiła, że przygotowywała się na trudne warunki, ale nie przewidzieli, że ciągłe wspinanie się po wąskich, alpejskich dróżkach może być tak męczące dla nich i ich samochodów.

To wróży dobrze naszym zawodnikom, zwłaszcza narodowości niemieckiej, którzy przyzwyczajeni są do takich warunków i mają możliwość codziennego doskonalenia swoich umiejętności. Kolejny etap to nadal jazda w górach. Poranny start ze Schladming, a potem przejazd przez przełęcz Taurów (1738 m n. p. m.), potem przez Mauterndorf i Katschberg (stromy wjazd – 1641 m n. p. m.), Spittal n/Drawą, Villach aż do Klagenfurtu, stolicy Karyntii, co daje nieco ponad 26 mil pocztowych austr (ok. 200 km).

Przedstawiamy listę wyników:
1. Moritz Kokoschka (A),
2. Georgios Paulosigos (SUR),
3. Jan Sulima (SAR),
4. Wolfgang Freiherr von Miklas (A).
5. Martin von Lauenburg (SCH),
6. Wilhelm Lukasch (A),
7. Miklos Németh (H),
8. Julius Trodl (A),
9. Josef Rohozecky (A),
10. Imre Papp (H),
11. Louis Fournier (F),
12. Defloriusz Szybki (SAR),
13. Thkulu Muhigirwa (SAM),
14. Stanisław Wielowieyski (RON),
15. James Wellington (DRE),
16. István Nagy (H),

Naszym zawodnikom życzymy zwycięstwa, a sobie – ciekawej, emocjonującej rywalizacji.

[WZ] Protesty przed ambasadą i wiece solidarności z premierem.

Franz Josef von Habsburg | 24. 02. 2013

wz-logo-strona

Po szokującym odtajnieniu korespondencji przez premiera Mortuusa i zrozumiałym oświadczeniu Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości zwykli obywatele byli nieco skonfundowani i zdezorientowani. Wierzymy, że tak musiało być – inaczej się postąpić nie dało wobec szantażu i gróźb. Szkoda jednak, że przez takie zachowanie musimy tracić szefa rządu w chwili, gdy Monarchii tak potrzebna jest jej aktywizacja i przynajmniej powrót do stanu sprzed kilku miesięcy. Żadne obce państwo nie jest warte tego, byśmy cenili je bardziej niż własnych obywateli.

oldphoto(4)
Węgrzy okazują wyrazy solidarności z premierem.

Jego Ekscelencja Łukasz Harpien, dotychczas ambasador Królestwa Dreamlandu w Monarchii Austro-Węgierskiej, został uznany za persona non grata i poproszony o opuszczenie granic naszego państwa. Jak zapewniono nas w c. k. Dyrekcji Policji, ambasadorowi przydzielono niemałą ochronę, by nikt nie zaatakował przedstawiciela obcego państwa. Przed ambasadą bowiem od rana zbierają się demonstranci, domagając się przeprosin za szantaż. Mimo ogromnych emocji, jakie budzą ostatnie wydarzenia, wszystko przebiega we względnym spokoju, pod okiem c. k. Dyrekcji Policji.

Poza ambasadą Dreamlandu w wielu miastach Monarchii doszło do demonstracji i wieców poparcia dla Prezydenta Ministrów Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości. Żadna z nich jednak nie osiągnęła jeszcze takich rozmiarów, jak ta w Budapeszcie. Mieszkańcy stolicy Węgier zawiązali bowiem ruch „SZOLIDARITÁS” (Solidarność), by wyrazić swoje poparcie dla działań szefa rządu. Redakcja „Wiener Zeitung” wierzy, że premier Mortuus, po zmianie na stanowisku nie wycofa się z życia publicznego i będzie nadal ważną osobą na scenie politycznej, zwłaszcza na Węgrzech.

Jednocześnie premier Mortuus w wyniku całej sytuacji nie chce chwilowo rozmawiać z prasą ze względu na swój stan zdrowia. Ponieważ w wielu miejscach Monarchii sprawa wywołała słuszne oburzenie, nierzadko także starsi patrioci musieli być hospitalizowani. Pragniemy im pomóc i dlatego „Wiener Zeitung” ogłasza zbiórkę na ofiary Szantażu Dreamlandzkiego. Aby ich wesprzeć, można wpłacić każdą kwotę na konto gazety z tytułem zapłaty „Die Opfer der Traumlandkrise”.

[BN] Festiwal pod patronatem CK Ministra Kultury

Miroslav Barbarez | 21. 02. 2013

bn-logo-strona

W lipcu tego roku odbędzie się kolejna edycja festiwalu muzyki świata World Music Festival, który stał się wizytówką Mostaru w Hercegowinie (południowa część BiH), nierozerwalnie związanym z tym miastem. Zapewnił o tym osobiście Cesarski i Królewski Minister Kultury, Pan Miroslav Barbarez, który przyjechał do miasta z dwudniową wizytą roboczą. Rozwiał tym samym obawy włodarzy Mostaru, na czele z burmistrzem Ante Lukanoviciem, którzy byli bardzo zaniepokojeni wpływem niedawnego kryzysu w Monarchii Austro-Węgierskiej na rozwój Bośni i Hercegowiny, w szczególności zaś na ryzyko wstrzymania rządowych programów promocji kultury.

„- World Music Festival, na którego scenach od lat prezentują się wykonawcy muzyki etnicznej i folkowej z całej Monarchii Austro-Węgierskiej, od lat stanowi ważny symbol nie tylko tego wspaniałego miasta, ale także całej naszej umiłowanej Monarchii” – powiedział minister Barbarez. „To szczególnie wtedy realizuje się piękne, kosmopolityczne dziedzictwo Austro-Węgier, w którym wszystkie narody, zebrane pod jednym berłem JCKM, słusznie uważają się za równe. Stanowi to wartość całego naszego państwa, tworzący diament, który dumnie lśni na mapie mikroświata. Bośnia i Hercegowina jest w tym diamencie niemniej istotnym składnikiem, niż pozostałe części Monarchii”.

Minister Barbarez zapewnił, że zrobi wszystko, aby festiwal odbył się bez problemów. „Mówię to nie tylko jako Bośniak, szczególnie związany z tą ziemią, ale też jako obywatel Monarchii Austro-Węgierskiej, członek Rządu Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości oraz patriota” – zakończył swoje przemówienie minister. Nie wykluczył również tego, by w przyszłości szeroko rozpropagować festiwal na Kontynencie Wschodnim.

[SE] Kolejne ofiary! Naga prawda o dyplomatach zza mórz!

Victorio Mortuus | 27. 02. 2013

se-logo-stronka

 

Szanowni Państwo!
Mamy przyjemność zaprezentować najnowszy tytuł prasowy, który zaabsorbuje Wam gigantyczną dawkę skandali, seksu i krwi, czyli tego czego człowiek do życia potrzebuje najbardziej. A już w dzisiejszym numerze wstrząsająca historia.

————————————————————————————————————————————————————–

KOLEJNE OFIARY DREAMLANDU!

Myśleliście że to koniec? Nic z tego! Pomimo tego, że Leśne Dziadki już jakiś czas temu opuściły tereny Naddunajskiej Monarchii skutki ich działalności musimy oglądać jeszcze dziś. Lekarze z budapesztańskich i wiedeńskich klinik wenerycznych mają pełne ręce roboty, bo może i dyplomacji wyjechali, ale pozostawili po sobie niemiłe pamiątki.

– To straszne! Jak się dowiedziałam, myślałam, że go uduszę. Jak mógł mi to zrobić? Było nam razem tak dobrze! – opowiada o swoich przeżyciach Sophie (19 l.), wiedeńska dziewczyna do towarzystwa. – Byłam cała dla niego, co prawda nieźle płacił, ale przecież nie tylko pieniądz się liczy. Noce mieliśmy udane, no i nigdy nie narzekał. A on zaraził mnie tym syfem! Jak mógł mi to zrobić?!

Niestety przypadek Sophie nie jest odosobniony. W samym Wiedniu do szpitali trafiło już, w przeciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad 200 kobiet. A lekarze prognozują, że to nie wszyscy zakażeni. Co dziwniejsze, podobna liczba zarażonych dotyczy również mężczyzn.

– Mówimy tu o nowym rodzaju wirusa kiły tzw. syphilis dreamlandicus. Nie znamy przyczyn mutacji, jednakże zdołaliśmy już wytworzyć lek. Podejrzewamy, że został on sprowadzony z obcego kontynentu. Nie mamy natomiast pojęcia jak w takim tempie zdążył się rozprzestrzenić. Zachorowania bowiem mnożą się nie tylko w Wiedniu, ale i we wszystkich większych miastach Austro-Węgier – mówi dla SE prof. Felix Schmid (67 l.) z wiedeńskiego Instytutu Chorób Zakaźnych.

Zadziwiać może skala istniejącego problemu. O ile szacuje się, że personel dyplomatyczny Dreamlandu liczył ok. 50 osób, o tyle liczba zachorowań w całym kraju kształtuje się w granicach 1000. Nikt na głos nie chce wymieniać nazwisk, jednakże wszyscy są pewni jednego: takiego ciosu nikt z nas się nie spodziewał.

– Zanim go poznałam wiodłam spokojne życie. Nigdy wcześniej nie miałam tego typu problemów, moi klienci zawsze się zabezpieczali, było nam dobrze, płacił i pojawiał się następny. A ten… Gdybym wiedziała co mnie czeka nigdy bym go nawet nie dotknęła. – opowiada Spohie. – Muszę skontaktować się ze swoim prawnikiem, ale wraz ze swoimi koleżankami rozważamy wniesienie pozwu zbiorowego przeciwko dreamlandzkiej dyplomacji. Tak tego nie zostawimy! Panie Prezydencie, jesteśmy z Panem!