[ARB] Jak prawnicy szkodzą prawu…

arbeiterAchille Landauer | 16. 04. 2012

 

 

… czyli dlaczego prawnicza formalina nie powinna rządzić państwem [1]

Prawnicy nie rozumieją prawa. Och, znają się na nim dość dobrze żeby pełnić swoją funkcję – pamiętają paremie, zasady prawa, niekiedy całe artykuły i paragrafy oraz precedensy – i zawsze gotowi są wytknąć błąd w definicji czy interpretacji, dopatrzeć się uchybień. Także w samym prawie – ale w przeciwieństwie do zwykłego człowieka, prawnik kiedy zobaczy błąd, przeoczenie czy zwykłą nieścisłość w prawie nie wzruszy ramionami i będzie działał dalej, ale rozłoży ręce i powie – „nic nie mogę zrobić”. Bo prawnik, jakkolwiek by nie narzekał na niedoskonałości prawa – jest w nim zakochany i jego każde naciągnięcie jest dla niego równą zbrodnią, co jego otwarte złamanie.

Tego typu prawnik jest fanatykiem, zapałem swym dorównującym temu religijnemu. Dla niego każdy kompromis, każde uchybienie jest równym grzechem, równą moralną degrengoladą. Dla prawnika nikt nie stosuje dość doskonale prawa – tak jak dla fanatyka nikt nie jest dość moralny w świetle danej świętej księgi. Nic dziwnego, że religijne kodeksy tak często przyjmują sobie miano prawa.

Jeszcze jedno religia ma wspólnego z prawem dla takich prawników – kwestia interpretacji. W jednej z dyskusji usłyszałem, że tylko Sąd Najwyższy może interpretować prawo, co natychmiast skojarzyło mi się z religią katolicką i jej systemem interpretacji. Pomijając podstawowy błąd leżący w tym stwierdzeniu, to ujawnia on pewien styl myślenia, który widziałem chociażby u – proszę wybaczyć, że wymieniam personalnie – barona Szücsa, gdy miałem zaszczyt występować w Zgromadzeniu Parlamentarnym jako przedstawiciel przy okazji prac nad ustawą o pomocy publicznej. Pan baron, podówczas Przewodniczący, stwierdził, że skoro w regulaminie nie jest wymienione w każdym miejscu obok „wnioskodawcy” również „lub jego przedstawiciel”, to kolejne przywileje wnioskodawcy przedstawicielowi się nie należą. Co oznaczało tyle, że nie należą mu się żadne. Przy okazji Pan Przewodniczący nie omieszkał poinformować mnie, że źle rozumiem pojęcie „racjonalnego ustawodawcy” i westchnąć na niedoskonałością regulaminu. To taka prawnicza postawa w pigułce.

Czego zatem nie rozumieją prawnicy? Nie rozumieją roli, pochodzenia i istoty prawa. Nie rozumieją, że kiedy przepis nie jest jasny, to znaczy że trzeba go interpretować, a nie porzucać wszelkie działanie. Że procedurę można zmienić lub nagiąć, jeżeli odbiega od rzeczywistości. Że rolą administracji państwowej nie jest realizacja prawa – a realizacja zadań państwa, z pomocą prawa, jeżeli faktycznie jest pomocne, lub wbrew niemu, jeżeli akurat przeszkadza.

Dlatego właśnie prawnicy nie powinni rządzić. Bo zazwyczaj pamiętają o swoich obowiązkach prawnika, a nie o obowiązkach urzędnika. Zapominają o prawie obywatela do dobrej administracji, zaślepieni elitarnym poczuciem wyższości, wskazując na błędy w procedurach, uchybienia w działaniach, ułomności w prawie. Administracja ściśle zgodna z prawem niekoniecznie musi znaczyć „dobra administracja”. Dobra administracja, to administracja przyjazna obywatelowi. Administracja, która interpretuje prawo na jego korzyść, nie przeciwko niemu, lub w ogóle wstrzymuje się od działania jeżeli nie ma pewności.


[1] Z góry należy zastrzec, że mówiąc w tym artykule o „prawnikach” upraszczam, mając na myśli osoby, które z prawa, regulaminów i procedur czynią sobie bożków na wzór złotego cielca, którym oddają cześć i których podejście do prawa jest równie ścisłe co pozbawione jakiejkolwiek wyobraźni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *