[ARB] Szmoncesy naddunajskie, odc. IV

arbeiterAchille Landauer | 04. 02. 2012

 

 

Mosze, żydowski żebrak, puka do mieszkania ministra Barbareza. Ten otwiera i widząc co za postać stoi u jego drzwi mówi:
– Panie, mam teraz gości, nie mam głowy. Przyjdźcie jutro a dostaniecie jałmużnę.
– To bardzo źle! – protestuje Mosze – Żeby Pan wiedział, ja przez takie kredyty straciłem już cały majątek!

Tenże Mosze zatrzymał na ulicy znanego żydowskiego przedsiębiorcę i nagabuje:
– Drogi Panie, znałem Pańskiego ojca nieboszczyka, pańską ciotkę nieboszczkę, pańskiego dziadka błogosławionej pamięci…
– Dość! – przerywa mu elegant – masz tu, małpo, jałmużnę i przestań mi skakać po drzewie genealogicznym.

Budapeszteńscy żydzi przechwalają się swoimi znajomościami:
– Ja to wczoraj rozmawiałem z policmajstrem.
– Też mi dygnitarz! – krzywi się drugi – Ja onegdaj miałem osobiste spotkanie z burmistrzem!
– Co tam burmistrz! – mówi trzeci – Ja przed tygodniem gościłem u siebie posła Batthyany’ego!
– To wszystko nic! – powiada czwarty – Ja dziś rano rozmawiałem z samym prezydentem ministrów, baronem Szücsem!
– Aj, aj, aj! Z samym baronem Szücsem! I co on Ci powiedział?
– A co miał mówić? „Paszoł won, żydku!”

Przedsiębiorczy żyd na granicy z Trizondalem przekracza ją z wielkim worem na plecach. Celnik pyta:
– Z takim worem, to macie pewnie coś do oclenia?
– Nie, to karma dla mojego kanarka, nie podlega.
– No to zobaczmy… Panie, przecież to kawa, najlepszy gatunek! Czy kanarek je kawę?
– A co mi do tego? Nie chce, niech nie je.

W jednym przedziale, w pociągu do Wiednia spotkali się przedsiębiorcy – Kosić i Landauer. Jadą przez pewien czas w milczeniu, które wreszcie przerywa Kosić:
– Co mi Pan da, jeżeli odgadnę Pańskie myśli?
– A niech będzie, że 10 koron.
– Dobrze. Pan nie chce ogłosić niewypłacalności, toteż jedzie Pan do Wiednia, co by ugodzić się z wierzycielami…
– Uj! – rozpromienił się Landauer – tu jest Pańskich 10 koron.
– Widzi Pan? Czy nie czytam w myślach?
– Właściwie to miałem zgoła inne zamiary, ale pomysł z ugodą jest warty tych 10 koron.

Hans Brunner, rodowity wiedeńczyk, wściekł się na wiedeński rząd ze względu na niekorzystną dla siebie politykę – i zdecydował się na złość zostać węgierskim nacjonalistą. Tak się złożyło, że wkrótce potem miał udać się za granicę w interesach, wybrał się więc do urzędu, aby uzyskać paszport. Urzędnik przepytuje go o jego dane:
– Pańskie imię i nazwisko?
– Hans Brunner.
– Jest Pan Austriakiem, tak?
– Nie, Węgrem.
Urzednik obdarzył go wątpiącym spojrzeniem znad okularów i kontynuje przepytywanie:
– Miejsce urodzenia i miejsca stałego zameldowania w ciągu ostatnich 10 lat?
– W obu przypadkach – Wiedeń.
– No to jest pan na pewno Austriakiem!
– Nie, jestem Węgrem – odpowiada zimno Brunner.
– Doprawdy? Poproszę o dane Pańskich rodziców.
– Ojciec to Adolf Brunner, urodzony w Wiedniu, zmarły w Wiedniu. Matka – Anna Brunner, z domu Sachsenweiss, urodzona w Wiedniu, zmarła w Innsbrucku. Zameldowani przez całe życie w Wiedniu.
– To co Pan mi tu opowiada? Jest pan niewątpliwie Austriakiem! – uniósł się urzędnik.
– Panie! – zerwał się na to Brunner – Jeżeli kura złoży jajo w chlewie, to czy koniecznie musi się z niego wykluć świnia?!

Jak bezbłędnie rozpoznać stan społeczny osoby? Wystarczy opowiedzieć jej kawał. Chłop będzie się śmiał trzy razy – jak opowiesz, jak wytłumaczysz i kiedy zrozumie. Szlachcic – dwa razy, kiedy opowiesz i kiedy wytłumaczysz – bo zrozumieć, to on nie zrozumie. Arystokrata raz – jak opowiesz, bo taki to ani nie zrozumie, ani nawet wytłumaczyć sobie nie da. Natomiast żyd przerwie Ci w połowie: „Sza, sza, to stary kawał” i opowie go po swojemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *